– a, właściwie to dlaczego się rozstajemy?- zapytałam

10321029_10204048883005573_3447066461814279571_o

– Masz za dużo smutku w sobie, nie mam już siły go dźwigać – zaszlochał, zwiesił głowę, a potem spojrzał tymi swoimi smutnymi oczami, jakie miewają szczeniaczki, rozpłakał się i uciekł zalany łzami.
– Aha – nie zdążyłam krzyknąć z radości, zachłystując się śmiechem i w wesołkowatym nastroju wrócić do sedna sprawy czyli życia.
Był to jeden z moich chłopaków, narzeczonych, mężów czy kochanków. Już nie pamiętam który. Nie wierzycie, że nie pamiętam?!
Macie rację. Jasne, że doskonale pamiętam.
Takich rozstań się nie zapomina i takich wyjątkowo wrażliwych mężczyzn.
Ha, ha.
Ale właściwie, to nie o nim ta historia.

To opowieść o moim smutku po utraconej Miłości.
Prawdziwej, bo bezinteresownej, niewymagającej, cierpliwej, spokojnej i cichej. Która była ze mną i stała za mną zawsze i wszędzie przez pierwszą moją dekadę życia i jeszcze kilka lat dalej. Bo potem to już nadszedł wiek mojego dojrzewania czyli głupiej niedojrzałości. A później, to już było za późno, aby wróciła.
Była ze mną od początku czyli od moich narodzin. Renia, moja niania.
Do tej pory czuję cudownie ciepły smak deptanej bułki w mleku, którą dzień w dzień mnie karmiła i z dumą oznajmiała rodzicom, że jadłam pięknie.
Byłam, jak to się mówi, grzecznym dzieckiem, więc pozwalała mi na wszystko. Jeśli miałam ochotę przebrać się w ciuchy mamy, to wyrzucałam je z szafy i robiłam pokaz, a po wszystkim, ona cierpliwie je układała. Kiedy zafascynowana byłam pracą dentysty, ona otwierała buzię, a ja otwierałam zestaw przyrządów do paznokci i mogłam ćwiczyć aż się zmęczyłam. Kiedy miałam ochotę być panną młodą, ona zdejmowała firankę i robiła mi welon. Grałyśmy często w karty i zawsze wydawało mi się, że uczciwie wygrywam. Kiedy bolały mnie nogi lub udawałam, że tak jest, brała mnie na ręce i po prostu niosła. Kiedy nie miałam humoru, włączała adapter i mogłam tańczyć przy jej kolekcji płyt pocztówek aż do jego odzyskania. Nigdy nie wydała mnie przed rodzicami, nawet wtedy kiedy w tajemniczych okolicznościach zginęły mi lalki, a potem zostały odnalezione z połamanymi nogami.
Chodziła ze mną do piaskownicy, siedziała okrakiem na piasku i robiła babki. Odprowadzała mnie do szkoły, a kiedy nie chciałam być na lekcjach uzasadniała z przekonaniem rodzicom moją nieobecność.

Nie przeczytała dla mnie żadnej bajki, bo nie umiała za dobrze czytać po polsku.
Ale opowiedziała ich setki. A wiele z nich jeszcze raz i jeszcze raz i znowu od początku.
Nigdy nie oglądałyśmy razem telewizji. ale słuchałyśmy „Lata z Radiem“ i w „Jezioranach“.
I bawiłyśmy się, bawiłyśmy się , bawiłyśmy się.
Znacie takiego dorosłego, który nie ma dość zabawy z dzieckiem?
A ja spędziłam z taką osobą całe moje dzieciństwo.

Nigdy też nie powiedziała, że mnie kocha.
Ani też czule mnie nie przytulała. Jak tego uczą mądre książki o wychowaniu dzieci.
Ale uwierzcie mi nie musiała nic mówić
Dzięki niej żyłam w idealnym świecie wypełnionym poczuciem bezpieczeństwa. W przekonaniu, że tak właśnie wygląda życie.
Że ktoś się o Ciebie troszczy, dba, staje w twojej obronie, że akceptuje cię takim jakim jesteś, nie gniewa się, nie denerwuje i niczego nie potrzebuje w zamian i zawsze, ale to zawsze jest z tobą i za tobą.
Nawet w chwilach kiedy ty nie jesteś sobą.
To Ona pokazała mi jak wygląda prawdziwa miłość.

Raz zrobiłam jej bardzo głupi kawał, bo chciałam sprawdzić, jak wygląda kiedy ląduje na ziemi po odstawieniu krzesła. Przewróciła się niezdarnie. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, że chyba nie jest młoda. Poczułam też, że był to rzeczywiście głupi pomysł i nie zasłużyła na taki eksperyment. Ale ona wstała i się uśmiechnęła.
Drugi raz się przestraszyłam, kiedy spadła ze schodów.
Myślałam, że się zabiła, a ja przecież nie wiem, jak się żyje bez Niej.
Miała wodę w kolanie, chodziłam z nią do lekarza i zobaczyłam, że jest jeszcze starsza niż myślałam.

A potem, wyraźnie ja stawałam się starsza i coraz mniej mi była potrzebna.
Bo zaczęły mnie obchodzić poważne rzeczy, a nie jakaś głupia zabawa.
Pamiętam, jak bardzo się wstydziłam, kiedy biegłyśmy do autobusu i spadły jej majtki, wiecie, takie z długimi nogawkami. A potem razem wsiadłyśmy do niego, a ja ostentacyjnie udawałam, że jej nie znam. Potem zaczęłam zwracać uwagę jak się brzydko ubiera, nosi chustkę na głowie, ma bardzo długi nos i nie wszystkie zęby. Nie miałam czasu dla niej.

Ale Ona wciąż była. W pobliżu.
Aż któregoś dnia straciłam ją bezpowrotnie.
Nie zdążyłam jej powiedzieć jak bardzo była ważna dla mnie,
jak ją kochałam, ile jej zawdzięczam itd.
Odeszła po cichutku, tak ja miała w zwyczaju żyć.
Pokazała mi jak wygląda Miłość i tego się trzymam.